web2.0, open source i inżynieria kosmiczna

Archive for Styczeń, 2009

Miasto 2.0 a Utopie: część 2 z 3

Chciałbym żyć w środowisku, które kiedyś nazwałem Miasto 2.0. Teraz widzę, że to konstrukcja w istocie dualna dająca:

A) tak jak w mieście, platformę o rozbudowanej infrastrukturze do realizacji wielu ciekawych i różnorodnych przedsięwzięć przy minimalizacji negatywnego wpływu jaki wywiera ono na mieszkańców.
B) tak jak w egalitarnych utopiach, platformę opartą na zaufaniu dającą możliwość współpracy, osobistego rozwoju i wzmacniania więzi społecznych.

Możliwości z grupy A dostarczają super-nowoczesne miasta dążące w kierunku zrównoważonego rozwoju takie jak Barcelona, Amsterdam, Paryż i Kopenhaga. Miasta w Polsce, w tym i Warszawa, zaczynają podążać ich tropem. Zrównoważone miasto czy też eko-miasto jest podstawą tego byśmy mogli żyć dobrze i jednocześnie rozwijać naszą cywilizację minimalizując negatywny wpływ na nasze zdrowie oraz racjonalnie wykorzystując zasoby jakie daje nam środowisko naturalne.

Ale jest jeszcze B, które ewidentnie odnajduję w egalitarnych utopiach a nie odnajduję w mieście. Potrafię zidentyfikować środowisko dajęce mi także wartości z grupy B. To grono moich najbliższych. Ogranicza się ono do Uli, Rafała, Noego, Krzyśka i mojej rodziny.

Od reszty osób jakie znam odróżnia ich wysokie zaufanie jakim ich obdarzam. Ufam im bo spędziłem z nimi dużo czasu i poznałem ich tak dobrze, że zostali moimi przyjaciółmi. Z osobami z tej grupy dużo rozmawiam i często jem wspólne (pyszne i zdrowe!) posiłki. Często pomagamy sobie nawzajem wyświadczając sobie przysługi, pożyczając lub wymieniajac się rzeczami. Wspólnie spędzony czas zbliża. Co raczej naturalne, nikt tego wszystkiego nie rozlicza bo wiadomo, że można liczyć na pomoc w zamian gdy zajdzie taka potrzeba. W pewnym sensie tworzymy małą komunę – ale chyba każde grono najbliższych osób tak działa, prawda?

Reklamy

Miasto 2.0 a Utopie: część 1 z 3

Miasto to najbardziej efektywna platforma rozwoju jaką ludzkość zdołała opracować. W zasięgu ręki są niezliczone zasoby, upakowane i udostępnione w super efektywny sposób. Możesz po nie sięgnąć i zwielokrotnić je własnym intelektem ku pożytkowi innych. Na przesztrzeni 10×10 km możesz spędzić większość swojego życia ucząc się, pracując, kochając, tworząc i czując się spełnionym. A przynajmniej tyle mówi prospekt emisyjny.

Miasto to także źródło wielu negatywnych procesów. Charakterystyczne dla niego jest duże zagęszczenie ludzi, niskie poczucie bezpieczeństwa mieszkańców, duży poziom zanieczyszczeń i hałasu. W miastach łatwiej o raka, nóż pod żebrem i śmierć pod kołami auta. Cena rozwoju?

Grupy kontestujace zastaną sytuację starają się coś z tym zrobić na własną rękę. Część wybiera alternatywną drogę organizując się w gamie społeczności zwanych intentional communities np. eko-wioskach czy egalitarnych społecznościach spółdzielczych. Często za inspirację biorą mają literackie utopie np. Walden Two. Czuję wielką sympatię do tych ludzi i ich przedsięwzięć. Stawiając na rozwój osobisty, zacieśnianie więzi i dzielenie się pracą wzmacniają te aspekty swojego życia, które i ja uważam za konstytuujące Dobre Życie. Ale prawdziwe pytanie brzmi jak skalowalny jest model, który oferują? Ile takich społeczności opartych o hodowlę nasion ekologicznych ziół czy wyrabianie hamaków da się utrzymać na świecie? Czy jest możliwe zorganizowanie w tym modelu przedsięwzięcia wysokich technologii, dajmy na to … spółdzielni oferującej usługi informatyczne? Cywilizacji?

Sądzę, że nie gdyż organizując swoje życie w przepięknych lasach Virginii albo lubelszczyzny odwracamy się od rozwoju cywilizacyjnego plecami. Widząc jednak słabe strony utopii wyekstrahujmy z nich mocne punkty i zobaczmy jak wiążą się z Miastem 2.0?

W środę część druga. Stay tuned!

Szwoleżerowie

Jak mawiał mnich-wojownik Li Mu Bai:

Prawdziwa zręczność przychodzi bez wysiłku.

Natknąwszy się przypadkiem na historię pułku konnicy polskiej biorącej udział w wojnach napoleońskich nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że była to grupa bardzo dzielnych i zręcznych jegomości. Przeczytajcie sami.

W bitwie pod Samosierrą

Po załamaniu się francuskiego natarcia piechoty Napoleon wydał szwoleżerom rozkaz zdobycia wąwozu. Wąska droga wiodąca na szczyt (300 metrów różnicy poziomów na odcinku 2500 metrów) i ograniczona z obu stron metrowej wysokości murkiem kamiennym, a ponadto obsadzona topolami, uniemożliwiała atak plutonami, dlatego został on poprowadzony czwórkami w szyku kolumnowym. Po zdobyciu pierwszej baterii atakujący, nie zwalniając tempa szarży prowadzonej galopem, w ciągu ośmiu minut dotarli na szczyt przełęczy. Doprowadziło to w rezultacie do zdobycia wszystkich czterech baterii i otwarcia drogi przez wąwóz na Madryt dla całej armii. Rozkaz ataku był tak trudny do wykonania, że pojawiają się głosy historyków twierdzące, iż Napoleonowi chodziło jedynie o demonstrację, pozorowany atak odwracający uwagę, który Kozietulski źle zrozumiał.

W bitwie pod Wagram

6 lipca 1809 roku w bitwie pod Wagram szwoleżerowie popisali się znów szarżą, która umocniła ich legendę. W brawurowym ataku rozbili pułk ułanów księcia Schwarzenberga, czym zapobiegli odcięciu armii od mostów na Dunaju. W czasie szarży odebrali ułanom ich lance i już z tą bronią atakowali dalej.

Zainteresowanym losami pułku Wincentego Krasińskiego odsyłam do strony opisującej jego historię.

Chmurka tagów