W pierwszą niedzielę po, pierwszej pełni Księżyca po równonocy wiosennej przypada święto znane obecnie jako Wielkanoc. Choć to święto miało niegdyś inną nazwę to zwyczaje pozostały. Wielkanocne jajko, śmigus dyngus, nawet procesje - wszystko to rodzima twórczość naszych prasłowiańskich przodków. Różnorodne te zabiegi miały jeden wspólny cel. By o przygnębiającym sezonie zimowym do życia i domostw wnieść dobrą energię.
Wyciągnąłem więc moją siostrzyczkę, po raz pierwszy w tym sezonie, na rower. Ania z rowera korzysta rzadko ale intensywnie. Np. jedzie sobie na Ukrainę albo Rumunię. Obieżyświat : )
Jako że w domu miałem trochę cebulek tulipanów i nasion innych kwiatków postanowiliśmy je zasadzić. A że od dawna chodziła mi po głowie myśl odwiedzenia Góry Śmieci to właśnie ona stała się celem wyprawy. Oto czego się dowiedziałem o górze śmieci:
1. Rozciąga się z niej niespodziewanie przyjemny widok.
2. Rosną na niej różne rośliny. Widać trawę i chwasty. Teraz będą i tulipany : )
3. Na dole nie śmierdzi na górze tak. Zapach, ktory stamtąd docierał nie zachęcał do wdrapania się na sam szczyt.
4. To czarne na szczycie to niestety nie czarnoziem… To mieszanka szkła, odpadów przemysłowych, papieru i … Nie napiszę na co wyglądał mi ostatni składnik. Przy czym wcale nie zachęcam do wybrania się na górę, żeby się dowiedzieć. Gdyby nadawała się do odwiedzin… Cóż… Nie było by przed nią szlabanu, prawda?
W jednym z grudniowych numerów “Polityki” natknąłem się na ciekawy artykuł dotyczący personalizacji produkcji. Wspomniano tam nowozelandzką firmę Ponoko, dzięki usłudze której można wykonać zaprojektowane przez siebie meble, urządzenia, ozdoby i gadżety. Do dyspozycji jest szereg materiałów, z których laserowy nóż wycina zadane kształty. Pomysł niezmiernie mi się spodobał i postanowiłem zaprojektować gwiazdkowy prezent dla mojej dziewczyny. Przy jej stoliku komputerowym brakowało miękkiego źródła światła, więc pomyślałem o lampce.
Skorzystałem z istniejącego projektu lampki, jako wzorca. Niestety nie mogłem go edytować żadnym z posiadanych programów więc zaprojektowałem na jego podstawie własną. Ważkę zaprojektował p. Zbyszek jako znaczek ozdobny na wizytówki mojej dziewczyny. Pliki projektowe są do ściągnięcia w mojej galerii na Ponoko.com.
Po dwóch dniach pracy wysłałem projekt zgodnie ze wskazówkami i zapłaciłem za usługę kartą kredytową. Niespełna tydzień później zadzwoniła firma kurierska, że przesyłka dotarła już z Nowej Zelandii. Było koło 17 grudnia i już wiedziałem, że się wyrobię na Gwiazdkę! Przystąpiłem do montażu lampki. Na Allegro kupiłem uprzednio kabel z przełącznikiem i oprawką. W połowie pracy lampka prezentowała się następująco:
Podstawkę i oprawkę skleiłem klejem akrylowym. Najwięcej czasu poświęciłem scalenie ścianek bocznych z podstawkami. Nie używałem kleju bo chciałem aby łatwo można był lampkę otworzyć i wymienić żarówkę. W końcu udało się coś wymyśleć ze skrawków plastiku, który został po montażu. Bez pomocy mojej kochanej siostrzyczki nie udałoby mi się zdążyć na czas. Ma dziewczyna myk do tych spraw : ) Dzięki!
Lampka spodobała się obdarowanej! A parę tygodni później Dan z Ponoko.com poprosił mnie czy może zabrać tą lampkę do Włoch na piemoncki festiwal wytwórców. Żebyś wiedział, drogi czytelniku, że się zgodziłem! : )
Poprzedni tydzień spędziłem w Portugalii na konferencji dotyczącej telekomunikacji. Jej agenda jest przystosowana do wymagań Panów w okolicy 50tki, stanowiących większość jej uczestników przez co prawdziwej pracy i spotkań jest tam raptem 2 dni : ) Tym samym miałem całkiem sporo czasu by przyjrzeć się bliżej temu sympatycznemu krajowi.
Lizbona
Rua Augusta, podobnie jak masa innych ulic wyłożona śliczną, jasną kostką brukową, lśni niczym polana wodą. Taki połysk daje kostka polerowana dekadami przez podeszwy milionów przechodniów. Leży w Baixa-Chiado - sercu Lizbony, pełnym starych uroczych kamieniczek i Cyganów oferujących nielegalne używki oraz towary luksusowe, niechybnie z odzysku. Lizbona nazywana miastem siedmiu wzgórz ma bardzo urozmaiconą topografię. Ulice pną się i opadają między wzniesieniami. Przejażdżka taksówką (wcale niedrogo!) po tych wąskich i stromych ulicach daje więcej wrażeń niż kolejka w wesołym miasteczku : )
Lizbończyczy śmieją się, że jako jedyni mają metro w Portugalii. Choć Porto będąc mniejszym miastem ma linii metra więcej, koledzy z Lizbony uważają je za podziemny tramwaj. Swoim leciwym aparatem uchwyciłem wejście do stacji metra Baixa-Chiado wykute w ścianie kamienicy. Widok od wewnątrz:
Niedaleko na wschód od niej - Alfama. Słynna dzielnica Fado. Ta muzyka poruszy Twoją duszę a rachunek, który przyniesie kelner - saldo na Twojej karcie kredytowej.
Noite do Fado - czyli noc z Fado ma tradycyjnie miejsce w czwartki. Do najlepszych klubów dostać się można tylko rezerwując stolik z wyprzedzeniem. Od samego progu otoczone aurą odświętnej uroczystości. Wejść na salę można tylko gdy artyści mają przerwę. Przez 30 minut salę wypełnia gwar rozmów i szczęk sztućców by przy wejściu kolejnego śpiewaka ucichnąć i pozwolić widowni / klientom skupić sie na muzyce. Gasną światła i powietrze wypełniają tęksne dźwięki fado. Posłuchaj:
A gdy przychodzi weekend miasto ogarnia szaleństwo. Przynajmniej tak ja to widzę, bo bawią się Lizbończycy z manierą bez porównania fajniejszą od naszej. Ma w tym pewnie duży udział ciepły klimat, który od czerwca z biegiem tygodni coraz mniej zaskakuje pogodą. Otóż noc zaczyna się późno i kończy późno. Ulice Bairro Alto wypełniają się rozbawionym i pogodnym tłumem. O 2:30 panuje tam po prostu tłok. To dobry czas by zjeść pao com chorizo (coś a’la hotdog z pyszną kiełbaską) albo bifamę (bułę mięchem) i skoczyć do klubu. Tam zabawa do samego rana. Około 7mej-8mej na afrykańskie kechuas (najlepsza fasolka z mięsem jaką w życiu jadłem). Podobno dobrze wpływa na poradzenie sobie z alkoholem. Bez większych obaw można wskoczyć potem za kółko by powolutku dojechać sobie do domu. Ale uwaga! Trzeba bardzo mocno wierzyć w moc kechuas. Ja nie wierzę ale zapięty pasami i kontrolując czy mój kierowca aby nie przekroczył 30km/h (przekroczył) dojechałem bezpiecznie do domu : ) Poniżej uliczka w dzielnicy Bairro-Alto nocą. Typowa, zapchana i rozbawiona : )
Porto
Podczas gdy Lizbonę pokazali mi moi przyjaciele nocą, więc tylko jej imprezową część mogłem zobaczyć, moja urocza przewodniczka z Porto miała dla mnie czas popołudniem. Gdybym przyjechał dwa tygodnie wcześniej trafiłbym na ichniejsze juwenalia i pewnie miał problemy z powrotem do Polski więc może i dobrze, że dzień spędzony w Porto nie zakończył się całonocną imprezą : )
Soraia odebrała mnie ze stacyjki Campanha. Jej tylko znanymi ścieżkami trafiłem w najpiękniejsze zakątki Porto. Polecam szczególnie okolice mostu Ludwika I. Jest tam ładniej niż na pocztówkach : ) Opadające ku poprzecinanej sześcioma mostami, wijącej się tu rzece Douro brzegi usiane są starymi kamieniczkami dając taki efekt, że stanąłem w miejscu przez dłuższy czas. Dobre miejsce na oświadczyny : ) Zobacz:
Odwiedziliśmy też urokliwy bazar Mercado do Bolhao (zdjęcia w gronowej galerii powyżej) i wieżę Kleryków. Gdy wypowie się na niej życzenie napewno się spełni a można wypowiedzieć aż 3. Co za luksus! Okolice wieży warto odwiedzić także z innego powodu. Jest tu najlepszy sklep z winami w mieście. W Cleri Porto możesz dostać zarówno vinho verde za 1euro jak i butelkę rubinowego porto z 1922 roku za 1600euro! Obsługa (właściciel?) jest w dodatku tak miły, że pozwolił nam spróbować wytrawnego 10 letniego porto. Przepyszne! Panuje w Portugalii zwyczaj, że narodzonemu dziecku kupuje się dużo Porto, które z wiekiem dojrzewa wraz z obdarowanym. Dobrą okazją do otwarcia podarunku (beczka przynajmniej!) jest jego ślub lub … narodziny dziecka : )
Porto też ma swoje jedzonko. Kanapka franzezinha (francuzeczka) czy deser natas de cielo (niebiański krem) są bardzo smaczne i wkrótce postaram się je zreplikować domowymi metodami.
Podsumowując, Portugalia to pogodny kraj z sympatycznymi ludźmi. Kiedyś będę miał tam winniczkę. Przynajmniej!
To się musiało zdarzyć. Prędzej czy później. Wczoraj ogłoszono odkrycie kolejnej planety ale tym razem nie jakiegoś giganta gazowego ale czegoś mniej więcej przypominającego naszą Ziemię! Planeta ma promień 1.5 raza większy od naszej kolebki i grawitację w okolicach 2.2g. To nie do końca komfortowe warunki, ale łagodny klimat z temperaturami między 0-40°C da z pewnością odrobinę wytchnienia.
Planeta ma jeszcze więcej wspólnego z Ziemią. Posiada już bowiem dwóch rywalizujących ze sobą władców spierających się o to kto jest cesarzem całego układu Gliese 581 : )
A przy okazji… Fajnie zobaczyć podlinkowanego przez siebie posta na pierwszym miejscu reddit.com : ]
Cieszy mnie liczba komentarzy. To pokazuje, że ludzi kosmos jednak fascynuje!
Odezwał się stary bakcyl. Tworzenie muzyki! Wystarczyła chwilka by wsiąknąć na całe dwa dni. Myśląc sobie o majowo / czerwcowym tygodniu w Lizbonie stworzyłem utwór w klimatach nie … nie fado. Chciałbym. Ale tego nie skończyłbym w dwa dni. Powstał breakbeat. Miłego słuchania.
Dobranie odpowiedniego sprzętu i oprogramowania do bardziej szczegółowego skanu Wi-Fi mojego osiedla powoli dobiega końca. Przez to, że kolejna przejażdżka dopiero w następny piątek / sobotę miałem okazję dokładniej przetestować niedawno nabyty odbiornik GPS.
Jak widać między gorącymi obszarami a krzyżykiem jest trochę terenu. Otóż odbiornik podawał pozycję w 50% przypadków ze średnim błędem … 35m! To zaskakująco dużo jak na system obiecujący dokładność ~5m. Ktoś ma pomysł dlaczego tak słabe wyniki?
Typuję, że głównym źródłem błędu jest źle określona przy pomocy Google Maps pozycja odniesienia. Bo przecież wyniki rozrzucone są wokół punktu przesuniętego na zachód nie dlatego, że odbiornik wystawiony był przez zachodnie okno i nie widział satelitów znajdujących się na drugiej części sklepienia, prawda?
Jak dokładnie można wskazać pozycję terminala WiFi w otwartej przestrzeni ? Zainspirowany książką “Location Based Services” zacząłem zgłębiać ten temat. Wczoraj Marcin (SP5QWE) pokazał mi palmtopa z GPSem i WiFi. Zrobiliśmy małą rundkę autem po naszej dzielnicy (Górce, Bemowo) zapisując wszystkie punkty dostępowe WiFi widziane na trasie. Potem przysiadłem trochę do Ruby’ego a dzisiaj byłem już gotowy do testów.
Wybrałem się z laptopem pod Bemowskie Centrum Kultury. Przy pomocy NetStumblera dokonałem skanu okolicy a napisany przeze mnie programik skojarzył dane z sobotniej wycieczki z tym co laptop widzi na karcie radiowej. Jaki był efekt?
Algorytm choć dosyć brutalny wskazał moją lokalizację ze zdumiewającą dokładnością - pomylił się o 60 metrów. Czy to mało czy dużo? Najlepiej oceń to we własnym zakresie, patrząc na mapę miejsca zbrodni. Dla porównania: GPS umożliwia lokalizację z dokładnością 5-25 metrów ale już GSM (w oparciu o aktywną komórkę) 0.2 - 5km. Wynik bardzo mnie ucieszył i zainspirował do dalszej pracy. Mam już pomysł na ulepszenie algorytmu i czuję, że w następny weekend urządzimy sobie z Marcinem kolejną bezprzewodową wycieczkę po Bemowie!
PS Jeśli chcesz pobawić się danymi, które zebraliśmy z Marcinem i moim programem to ściągnij i rozpakuj ten plik.
Osoby pracujące na własny rachunek mogą mieć czasem problemy ze właściwym zmotywowaniem się do działania. Brakuje im tego co w normalnej firmie zapewnia kierownik, do którego obowiązków należy przecież zaganienie do pracy ; ) Nie są to rzeczy wielkie. Czasem wystarczyłby mały ale szczery komplement za dobrze wykonanie zadanie, poklepanie po ramieniu czy coś w tym rodzaju. Generalnie wszystko co wzmacnia poczucie pracownika, że robi potrzebną komuś robotę i robi to dobrze.
David Seah będąc wolnym designerem i grafikiem z odpowiednio dużym stażem by opinie, które wydaje na temat metodyki pracy freelancera, można było traktować poważnie skonstruował zestaw arkuszy, które nazwał Your Printable CEO. Pomagają one w organizacji różnych aspektów prowadzenia własnych projektów. Ja szczególnie cenię sobie arkusz Task tracker, który pomaga przejść przez pierwszy, najtrudniejszy etap każdego zadania. Jego początek!
Wypełniony arkusz prezentuje się następująco:
Jak się go używa ? Górna część służy monitorowaniu zaawansowania poszczególnych zadań w projekcie, konkretnie tego co już zrobiono.
Najważniejsza sprawa to taka, że zadanie umieszczamy na arkuszu dopiero wtedy gdy pracujemy nad nim co najmniej od 15 minut. David twierdzi, że “chęć wypełnienia długopisem pierwszego bąbelka oznaczającego kwadrans jest ewidentna”. W wierszu umieszczamy nazwę zadania np.: implementacja route.js i zaznaczamy tyle bąbelków ile kwadransów spędziliśmy nad danym zadaniem. Gdy stwierdzamy, że zadanie już wykonaliśmy, przychodzi najfajniejszy moment kiedy to możemy postawić ptaszka na końcu i tym samym zaznaczyć koniec pracy nad zadaniem!
Muszę przyznać, że bardzo fajnie pracuje mi się z tym arkuszem. Dotychczas jakikolwiek elektroniczny system list to-doczy zarzadzania projektem, przestawał być przeze mnie używany najpóźniej po dwóch tygodniach prób. A system papierowy wymyślony przez Davida używam już przeszło 4 miesiące. Sprawdził się znakomicie przy miejsce.info beta, do stworzenia którego zagoniłem się skutecznie sam właśnie z pomocą “Task trackera”.
A moją pomarańczową teczkę z arkuszami wożę zawsze ze sobą by móc sobie popracować gdy nadejdzie okazja i zżyć się z projektem. Gdy otwieram ją przed sobą wiem to wiem, że zawsze zakończy się to posunięciem projektu do przodu. Tym samym gorąco polecam Ci zajrzeć na stronę Davida!
Z taką właśnie częstotliwością rodzą się na świecie nowe blogi a ich ilość podwaja się co pół roku. Ten urodził się z radości jaką przynosi mi uczestniczenie we wpaniałym, ewolucyjnym procesie jakim jest rozwój sieci Internet. Jestem autorem miejsce.info i reddicious.com, stron które określane są jako przedstawiciele nurtu Web2.0 ale nie czyni mnie to nikim szczególnym gdyż dzisiaj wszyscy składamy się na Sieć. Dziś każdy jest autorem. Umieszczając dzieląc się własnymi multimediami, oznaczając tagami zasoby internetowe czy edytując jedną z tysięcy Wiki powiększamy możliwości nas jako społeczeństwa.
Osobiście wątpię czy ten trend powodowany jest ukrytą w każdym (?) chęcią tworzenia. Sądzę, że bliżej prawdy leży stwierdzenie, że kryje się za nim chęć interakcji. Interakcja ta, nieskrępowana cenzurą, normami a tylko przepustowością dostępnego pasma generuje gigantyczne ilości informacji. Grozi czymś co dzisiejsi myśliciele nazywają skażeniem informacją a nieodżałowany Stanisław Lem opisał w znakomitym (jak donoszą krytycy - ja sam dopiero się o tym przekonam) zbiorze esejów zatytułowanym “Bomba megabitowa”.
Niektórych jednak nie przeraża galopujący, wykładniczy wzrost ilości wiedzy zgromadzonej w Sieci, mocy przetwarzania maszyn i pojemności łącz transmisyjnych - wszystkiego dokoła do napędza społeczeństwo informacyjne. Powiem więcej. Zwolennicy teorii singularity z zapartym tchem oczekują dnia (wieszczonego przez Raya Kurzweila na rok 2045) w którym rozwój technologiczny osiągnie tak zawrotne tempo, że rewolucje technologiczne staną się codziennością. Temat jest fascynujący i z pewnością do niego kiedyś jeszcze wrócę ale na razie wrócę do teraźniejszości…
Dostałem dziś SMS’a od Krzyśka Bieleckiego, że miejsce.info wymieniono na oficjalnym blogu Google Polska. Wiadomość ta bardzo mnie ucieszyła. Obecnie pracuję nad nową wersją miesjce.info i jako, że jest ono moją samodzielną pracą potrzebuję takich pozytywnych stymulatorów. A propos stymulatorów. Myślę, że w następnym poście podzielę się kilkoma uwagami jak skutecznie motywować się do pracy … gdy nie ma wokół nikogo kto zrobi to za ciebie.